WROCŁAWSKA KAMPANIA PRZECIWDZIAŁANIA PRZEMOCY - www.kampaniaprzemoc.pl

Najtrudniej jest wytrwać - wywiad.

"Przestać pić można samemu, ja przestawałem wiele razy. Najtrudniej jest wytrwać." - mówi pan Piotr, trzeźwy od 17 lat alkoholik. W wywiadzie opowiada o swojej drodze do trzeźwości i o tym, co pomogło mu przejść przez najtrudniejszy okres w życiu.

- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

Jak zaczęła się Pana historia z piciem?

Całkiem zwyczajnie. Byłem sześć lat po ślubie, miałem w domu dwie świetne kobiety: żonę i czteroletnią córkę. Pracowałem w urzędzie, miałem dobrą i stabilną pracę. W latach 90., w moim mieście, to była porządna praca, taka do pochwalenia się. Własne mieszkanie. I kolegów...

Kolegów?

Tak. Z młodości, z czasów liceum. Moja żona i ja pochodziliśmy z tego samego miasta, po studiach do niego wróciłem. Tak wtedy robiło wielu moich rówieśników. I była nas cała zgraja, takich co po pracy potrzebowali rozrywki.

Rozrywki w postaci... ?

Wyjścia do baru. Ze znajomymi, z kumplami, nawet z koleżankami. To była stała grupa, w większości ludzi z mojego rocznika lub niewiele starszych, czy młodszych. Większość z nich była już po ślubach, mieli dzieci. Do baru chodziliśmy w ramach relaksu, tak zwanego odstresowania się. W domu się nie dało odpocząć. Było krzyczące dziecko, narzekająca żona, obowiązki. A ja chciałem odpocząć. Więc uciekałem, siedziałem w barze, popijałem i miałem wrażenie, że nic nie muszę, że jestem wolny i młody.

Uważał się Pan za szczęśliwego w małżeństwie?

Tak. Kochałem moje kobiety. Chciałem ślubu. Chciałem dziecka. Tylko... gdzieś po drodze się zgubiłem. Początkowo piłem tylko od święta, w piątki czy przy imieninach kolegów. Później okazji pojawiało się coraz więcej i więcej.

Pamięta Pan moment w którym stwierdził, że wizyty w barze i tak częste picie są problemem?

Nie. Nie ma jednego takiego momentu z tamtego okresu. Wszystko zlewa mi się w jeden obraz: praca - bar - awantura w domu. I tak w kółko. Z perspektywy czasu powiem, że pierwszym, co zrobiło na mnie jakiekolwiek wrażenie, była reakcja mojej matki. Nie pamiętam już z jakiego powodu, ale zjawiła się w moim domu tuż przed moim przyjściem. Gdy tylko wszedłem przez drzwi złapała mnie za kołnierz z siłą, której nie spodziewałem się po kobiecie sięgającej mi pod pachę i wyciągnęła za drzwi. Zapakowała do PKSu i zabrała do swojego domu, do swojej parafii, przy której prowadzone były mitingi AA.

Pańska matka była pierwszą osobą, która postanowiła panu pomóc...

Pierwszą. Ale ja się nie dałem. Zjadłem, wyspałem się i uciekłem. Uciekałem tak kilkakrotnie, kilka razy od niej z domu, kilka od żony, która zaczęła ją popierać, kilkakrotnie z mitingów, które rozpoczynałem. Uciekając od jednej wędrowałem do drugiej i obiecywałem poprawę.

Jak reagowali pozostali bliscy? Czy ktoś poza matką oferował pomoc?

Żona histeryzowała, płakała, nie radziła sobie z całą sytuacją. Mnie to było na rękę. Wiedziałem, że nic mi nie może zrobić, że mi nie zabroni i ja jej nie posłucham. Fakt, było mi jej szkoda. Bardzo. I wtedy miewałem pomysły o zaprzestaniu picia, o byciu dobrym mężem i ojcem. Ale kończyło się na dobrych chęciach. To moja matka postawiła nas na nogi, mnie i ją. Ją pierwszą. Nie mam pojęcia jak, ale sprawiła, że w pewnym momencie moja żona stanęła murem po jej stronie. Obie nalegały, obie gnębiły, obie woziły mnie na spotkania.

Jak długo trwał okres w którym Pan pił?

Łącznie jakieś trzy lata. Dwa to był czas, gdy wszystko się zaczynało, gdy mieszkałem jeszcze z żoną i córką. Ostatnie siedem miesięcy to wędrówka między domami i próby leczenia.

Wspominał Pan, że na pierwsze spotkanie AA zawiozła Pana matka. Czy tam kontynuował Pan leczenie?

Tak, tam zacząłem i zapewne tam zostanę. To w ogóle zabawna historia, bo moja matka jest bardzo wierzącą osobą. Żyje w bardzo dobrych relacjach z księżmi, z zakonnicami. To był prawdopodobnie jej jedyny pomysł na pomoc mi, zawieźć do kościoła, oddać w ręce księdza i pracującego z AA psychologa. Byłem znany im z opowieści mamy, więc i ksiądz odprawiał msze w mojej intencji i zakonnice się modliły i sąsiadki, niemal pół miasta. Może i to też pomogło, ta ich wiara, że mi się uda, że coś mi pomoże.

A co według Pana było najbardziej pomocnym czynnikiem?

Nie jestem wierzący. To znaczy wierzę, ale sam nie wiem czy w to co inni. Nie upatruję jednak w tym czymś źródła swojego powodzenia. Przestać pić można samemu, ja przestawałem wiele razy. Najtrudniej jest wytrwać. I nie pomoże ci w tym nikt kto Twojego pragnienia nie zrozumie. Ani żona, ani matka, ani ich uczucia.

Kto więc najlepiej pomoże?

Alkoholik, trzeźwy alkoholik. Mnie najbardziej pomogło zaprzyjaźnienie się z Markiem, z pierwszym facetem obok, którego usiadłem podczas mitingu. Jakoś tak wizualnie mi się spodobał, był podobny do mnie, miał podobną historię. Mieszkał niedaleko i miałem poczucie, że w razie potrzeby jest, aby postawić mnie do pionu.
Grupy AA i terapia pomagają zrozumieć, że jest się chorym, że alkoholikiem będzie się zawsze i nigdy nie będzie się w stanie kontrolować picia. Idziesz na takie spotkanie i widzisz jednego, któremu udało się wytrwać 10 lat. Dla ciebie, początkującego, brzmi to jak wyczyn supermena. Ale też jak wyzwanie, bo widzisz drugiego, który wydawał się silny, przekonany o możliwości pilnowania ilości przechylanych kieliszków, a mu nie wyszło. Patrzysz i wiesz, że tak ci nie wolno, że w tej kwestii jesteś bezsilny, z wódką nie wygrasz.

Co sprawiło, że postanowił Pan, sam z siebie, leczyć się i wytrwał w tym?

Wiedziałem, że powinienem. Dla żony, córki, dla matki i braci, którzy się martwili. Wychowywaliśmy się bez ojca i wiedziałem, że czuli się za mnie, smarkacza, odpowiedzialni. Pewnie, że chciałem lepszego mnie dla nich. Ale najbardziej chciałem sam z siebie być zadowolony. Być przytomnym w pracy, iść o własnych siłach, być w domu na obiedzie, czy wyjść z córką na spacer. Wykonywać normalnie takie zwyczajne rzeczy, obowiązki dorosłego człowieka.

Czyli sukces zawdzięcza Pan przede wszystkim sobie?

Zdecydowanie. Sobie, a dalej każdemu kto po drodze popchnął mnie w odpowiednią stronę.

Wyobraża sobie Pan tę drogę bez odpowiedniego wsparcia?

Nie dałbym rady samemu, nie z moim charakterem. Pewnie są tacy, którzy się zaprą, zacisną zęby i dadzą radę. Ale znam takich co próbowali sami, raz, dwa, a po siedmiu lądowali na mitingu, bo tu nie byli w tej walce sami.

Jak obecnie wygląda Pana sytuacja życiowa?

Nie piję od 17 lat. Pracuję w zawodzie, na nowo, po ponad 10 latach przerwy. Mieszkam sam, z żoną rozwiodłem się kilka lat temu. Żyjemy w dobrych stosunkach, można powiedzieć, że się przyjaźnimy i dziś nie wyobrażam sobie zrobić nic złego tej kobiecie. Za dużo dobrego mi dała. Ciągle szukam nowej kobiety mojego życia :) Jestem AAA - aktywnym anonimowym alkoholikiem. Organizuję spotkania trzeźwościowe, prowadzę warsztaty w szkołach i kościołach, staram się pomóc i odpłacić.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

Wywiad przeprowadziła: Milena Kwasek